9 stycznia 2026 r. prezydent Karol Nawrocki podpisał osiem ustaw. Trzy zawetował. Wśród tych trzech była ustawa wdrażająca do polskiego prawa unijny akt o usługach cyfrowych — i to o nią, pół roku później, wciąż toczy się spór.

Rząd znalazł odpowiedź proceduralną. Rada Ministrów przyjęła nie jeden, lecz dwa odrębne projekty ustaw, dzieląc materię wcześniej zawetowanego aktu. Ministerstwo Cyfryzacji uzasadniło to sprawnością procesu legislacyjnego. Jeden projekt jest instytucjonalny — wyznacza koordynatora. Drugi, oznaczony w wykazie prac rządu jako UC141, jest proceduralny — i to do niego trafiła sporna procedura wydawania nakazów blokowania. Potwierdza to opinia Rzecznika Praw Obywatelskich do obu projektów.

Komunikat Ministerstwa Cyfryzacji o przyjęciu przez rząd dwóch projektów ustaw wdrażających DSA

Źródło: gov.pl

Podział nie zmienia jednak dwóch rzeczy. Nie zmienia arytmetyki sejmowej: pierwszą wersję ustawy Sejm uchwalił 21 listopada 2025 r. stosunkiem 237 do 200 głosów, a odrzucenie prezydenckiego weta wymaga większości 3/5 — przy pełnym składzie 276 głosów. Do tego progu koalicji brakuje 39 głosów. I nie zmienia rdzenia sporu: decyzję o zablokowaniu dostępu do treści wydaje Prezes UKE w formie decyzji administracyjnej, a nie sąd w drodze wyroku.

W zamian Prezes UKE realnie zyskuje trzy rzeczy: status koordynatora do spraw usług cyfrowych; prawo kontroli podmiotów rynku usług pośrednich wraz z możliwością nakładania administracyjnych kar pieniężnych; oraz kompetencję przyznawania statusu zaufanego podmiotu sygnalizującego i certyfikowania podmiotów do pozasądowego rozstrzygania sporów.

Polska nie działa przy tym z własnego wyboru. Komisja Europejska 7 maja 2025 r. skierowała przeciwko niej sprawę do TSUE — a wobec Polski zarzut brzmiał inaczej niż wobec pozostałych państw: całkowity brak wyznaczenia koordynatora. A 29 lipca 2026 r. Sejm zajmował się nowymi przepisami wdrażającymi akt o usługach cyfrowych, przyznającymi Prezesowi UKE prawo nakazywania blokowania platform i witryn oferujących nielegalne towary lub usługi.

Jak Polska znalazła się przed Trybunałem

Akt o usługach cyfrowych to rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2022/2065, przyjęte 19 października 2022 r. Jako rozporządzenie obowiązuje bezpośrednio — nie wymaga przepisania do polskiej ustawy — i jest stosowane w całej Unii od 17 lutego 2024 r. Za naruszenia grozi dostawcy usług kara sięgająca 6 procent jego rocznego światowego obrotu.

Bezpośrednie obowiązywanie nie oznacza jednak, że państwo nie ma nic do zrobienia. Artykuł 49 rozporządzenia nakazał każdemu państwu członkowskiemu wyznaczyć krajowego koordynatora do spraw usług cyfrowych — również w terminie do 17 lutego 2024 r. Polska tego nie zrobiła i 7 maja 2025 r. Komisja Europejska skierowała przeciwko niej skargę do Trybunału Sprawiedliwości UE, razem ze sprawami przeciwko Czechom, Hiszpanii, Cyprowi i Portugalii. Różnica była istotna: pozostałe cztery państwa koordynatorów wyznaczyły, ale — jak zauważyła Komisja — nie przyznały im niezbędnych uprawnień. W Polsce koordynatora nie było w ogóle. Gdzie indziej funkcję tę pełnią wyspecjalizowane regulatory: Bundesnetzagentur w Niemczech, Arcom we Francji i Coimisiún na Meán w Irlandii.

Reakcją na pozew była uchwała Rady Ministrów, która tymczasowo powierzyła funkcję koordynatora Prezesowi Urzędu Komunikacji Elektronicznej — weszła w życie 15 maja. Rozwiązanie prowizoryczne, bo pełny zestaw uprawnień koordynatora może dać tylko ustawa.

Taka ustawa istniała. Sejm uchwalił ją 21 listopada 2025 r., po poprawkach Senatu przyjętych w grudniu. Prezydent Karol Nawrocki 9 stycznia 2026 r. odmówił jej podpisania — tego samego dnia podpisał osiem innych ustaw i zawetował łącznie trzy.

Sejm głosuje nad ustawą o blokowaniu nielegalnych treści w internecie, 21 listopada 2025 r.

Źródło: pap.pl

To nie pierwszy raz, gdy wdrożenie unijnych przepisów cyfrowych do polskiego prawa staje się polem sporu o kompetencje nowego regulatora — podobny mechanizm opisywaliśmy przy ustawie o sztucznej inteligencji i powołaniu komisji KRiBSI.

Co dokładnie zawetował prezydent

Zawetowana ustawa przewidywała, że decyzje o blokowaniu treści mogą dotyczyć katalogu 27 czynów zabronionych, określonych głównie w Kodeksie karnym. Polska Agencja Prasowa wymieniała wśród nich groźby karalne, namowę do popełnienia samobójstwa, pochwalanie zachowań o charakterze pedofilskim, propagowanie ideologii totalitarnych oraz nawoływanie do nienawiści i znieważanie na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych i wyznaniowych.

Wniosek o wydanie nakazu mogły składać osoby fizyczne oraz m.in. prokuratura, Policja, Krajowa Administracja Skarbowa i Straż Graniczna — ta ostatnia w sprawach dotyczących handlu ludźmi. Terminy po stronie urzędu, opisane w komunikacie Ministerstwa Cyfryzacji, wynosiły 2 dni, gdy wniosek złożyła Policja lub prokurator, 7 dni w przypadku usługobiorcy lub zaufanego podmiotu sygnalizującego oraz 21 dni w sprawach szczególnie skomplikowanych.

Autor treści miał prawo wnieść sprzeciw od decyzji Prezesa UKE lub KRRiT do sądu powszechnego w terminie 14 dni. Przyjmując poprawki Senatu, Sejm zdecydował dodatkowo, że decyzje o blokowaniu nie będą miały rygoru natychmiastowej wykonalności — treści miały być blokowane dopiero po upływie terminu na złożenie sprzeciwu.

Uzasadnienie weta

Prezydent oparł odmowę podpisu na zarzucie ustrojowym. „Jako prezydent nie mogę podpisać ustawy, która w praktyce oznacza administracyjną cenzurę” — powiedział, uzasadniając decyzję. Rozwinął to porównaniem, które zdominowało relacje: „Chcę, aby to mocno wybrzmiało: sytuacja, w której o tym, co wolno w Internecie, decyduje urzędnik podległy rządowi, przypomina konstrukcję Ministerstwa Prawdy z książki Orwella »Rok 1984«”.

Karol Nawrocki uzasadnia weto wobec ustawy wdrażającej DSA

Źródło: rmf24.pl

Drugim zarzutem było finansowanie zaufanych sygnalistów. Jak ustalił Demagog, prezydent wskazał, że w ustawie „ukryto” możliwość finansowania zaufanych podmiotów sygnalizujących, które miałyby wskazywać „nieprawomyślne” poglądy. Trzeci zarzut dotyczył samej konstrukcji proceduralnej: rozstrzygnięcia organów administracji wywoływały bezpośrednie skutki prawne wobec dostawców usług i użytkowników, a kontrola sądowa była następcza i uruchamiana dopiero na wniosek strony.

Prezydent jednocześnie zastrzegł, że nie kwestionuje celu ustawy — ochrony użytkowników internetu, a zwłaszcza dzieci — lecz środki, jakimi ten cel miał zostać osiągnięty. Zadeklarował też tempo: „W ciągu miesiąca możemy przygotować uczciwy projekt. W dwa miesiące możemy mieć ustawę, która chroni dzieci i respektuje Konstytucję”.

Ministerstwo Cyfryzacji odpowiedziało stanowiskiem, że weto osłabia prawa użytkowników internetu, ponieważ celem ustawy było zwiększenie ochrony przed nielegalnymi treściami, a jego skutkiem jest pozostawienie wyłącznej decyzji o tym, co widzą Polacy, samym platformom.

Co naprawdę może zaufany sygnalista

Wokół statusu zaufanego podmiotu sygnalizującego narosło nieporozumienie, które rozstrzyga treść rozporządzenia. Zgodnie z art. 22 aktu o usługach cyfrowych status ten przyznaje krajowy koordynator, a platformy mają obowiązek rozpatrywać zgłoszenia takich podmiotów priorytetowo. Kryteria to wiedza fachowa i kompetencje, niezależność oraz staranność, dokładność i obiektywizm.

Status nie daje jednak prawa do usuwania treści. Komisja Europejska formułuje to jednoznacznie: zaufane podmioty sygnalizujące jedynie powiadamiają dostawców platform o treściach, które uważają za nielegalne, a wyłączną odpowiedzialność za decyzję o usunięciu ponoszą dostawcy. Prawo zgłaszania nielegalnych treści przysługuje na mocy art. 16 rozporządzenia każdemu użytkownikowi — status zmienia wyłącznie kolejkę rozpatrywania, nie skutek zgłoszenia. Zarzut o „nieprawomyślne poglądy” dotyczy więc nie tego, czy sygnalista może kasować wpisy, lecz tego, kto i za czyje pieniądze uzyskuje uprzywilejowaną ścieżkę zgłoszeń.

Sedno sporu: decyzja urzędnika, nie wyrok

Rozdzielenie projektów nie zmienia mechanizmu, wokół którego toczy się cała awantura. Nakaz zablokowania dostępu do treści wydaje Prezes UKE jako organ administracji publicznej, w formie decyzji administracyjnej. Sąd wchodzi do gry dopiero wtedy, gdy strona sama go uruchomi.

Rzecznik Praw Obywatelskich uznał, że wątpliwości co do zgodności z Konstytucją budzi sama koncepcja wydawania przez organ administracji decyzji w zakresie dotyczącym wolności słowa. Dodał praktyczne zastrzeżenie o granicach kontroli sądowej: sąd administracyjny „nie zastępuje organu administracji w podejmowaniu decyzji merytorycznych, a jedynie kontroluje, czy działał on zgodnie z prawem”. Innymi słowy — sąd sprawdzi, czy urzędnik dochował procedury, a nie czy miał rację co do samej treści.

Rząd w nowej redakcji części proceduralnej dołożył gwarancje: prawo sprzeciwu do sądu powszechnego oraz mechanizmy przywracania dostępu do treści bezzasadnie zablokowanych przez platformę. RPO odnotował, że projekt realizuje część jego wcześniejszych postulatów. Osobne zastrzeżenia zgłosił Urząd Ochrony Danych Osobowych, według którego projekt wymaga wzmocnienia ochrony danych osobowych i prywatności — resort uwzględnił część uwag, ale nie wszystkie.

Warto przy tym pamiętać, że administracyjne blokowanie stron bez wyroku sądu nie jest w polskim prawie nowością. Od lat działa Rejestr Domen Służących do Oferowania Gier Hazardowych Niezgodnie z Ustawą, prowadzony przez ministra właściwego do spraw finansów publicznych — wpisanie domeny do rejestru prowadzi do zablokowania dostępu do strony z terytorium Polski, a operatorzy telekomunikacyjni mają obowiązek blokadę wykonać. Podobne mechanizmy przewiduje ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa. Nowością nie jest więc sama blokada administracyjna, lecz jej rozszerzenie na katalog czynów dotykających wypowiedzi.

Cena zwłoki po stronie użytkownika

Dopóki ustawy nie ma, użytkownik w Polsce nie ma krajowego organu, do którego mógłby wnieść skargę na decyzję platformy o zablokowaniu konta, fanpage'a czy usunięciu wpisu. W państwach, które koordynatora wyznaczyły, taka ścieżka istnieje. Prezes UKE Przemysław Kuna przyznał, że skargi już wpływają do urzędu, ale urząd nie może w ich sprawie nic zrobić, bo nie ma podstawy prawnej. Polacy mogą dziś zwrócić się do koordynatora w innym państwie Unii.

Co pozostaje otwarte

Trzy rzeczy pozostają nierozstrzygnięte, i o żadnej z nich nie przesądzamy.

  • Wynik prac Sejmu nad częścią instytucjonalną. Potwierdziliśmy, że 29 lipca 2026 r. Sejm zajmował się nowymi przepisami wdrażającymi akt o usługach cyfrowych. Nie znaleźliśmy natomiast dostępnego zapisu przebiegu posiedzenia komisji ani numerów druków sejmowych obu projektów, więc nie przesądzamy, na jakim dokładnie etapie znajduje się każdy z nich.
  • Reakcja prezydenta na rozdzielone projekty. Nie ma publicznej deklaracji Kancelarii Prezydenta, jak potraktuje osobno część instytucjonalną i osobno procedurę blokowania treści.
  • Los sprawy przed TSUE. Skarga Komisji Europejskiej z maja 2025 r. pozostaje w toku; nie znaleźliśmy potwierdzenia, jakie sankcje finansowe Komisja ewentualnie zaproponowała.

Podsumowanie

Rząd podzielił wdrożenie unijnych przepisów o usługach cyfrowych na dwie ustawy: jedną, która wyznacza Prezesa UKE koordynatorem i daje mu uprawnienia kontrolne, oraz drugą, która ustanawia procedurę blokowania nielegalnych treści. Sporny mechanizm jest w tej drugiej.

Sam podział nie omija weta. Aby odrzucić sprzeciw prezydenta, potrzeba 276 głosów w Sejmie, a pierwszą wersję ustawy uchwalono 237 głosami. Rząd może więc liczyć wyłącznie na to, że łagodniejsza, instytucjonalna część zostanie podpisana.

Dla zwykłego użytkownika najważniejsze jest jedno zdanie: nakaz zablokowania strony wydaje urzędnik — Prezes UKE — w formie decyzji administracyjnej, a nie sąd w wyroku. Od tej decyzji przysługuje sprzeciw do sądu, w zawetowanej wersji w terminie 14 dni, przy czym sąd bada legalność działania urzędu, a nie merytoryczną trafność oceny treści. Do czasu uchwalenia ustawy Polacy nie mają w kraju żadnego organu, do którego mogliby się poskarżyć, gdy to platforma zablokuje im konto lub usunie wpis.